Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyprawy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2017

Od Convela - powrót z wyprawy (cz. 4/4)

Czarny basior kazał białej wilczycy zostać z waderą Alfa, po czym skinął na mnie i powoli zaczął oddalać się w kierunku gór, jedyną wyraźną ścieżką w dolinie. Chciałem ruszyć za nim, ale w ostatniej chwili poczułem czyjąć łapę na swoim barku. Obejrzałem się, lekko zaniepokojony. To ta biała, która wyciągnęła mnie z jeziora, postanowiła mnie na chwilę zatrzymać.
- Jestem Daciana - szepnęła, po czym delikatnie strąciła sobie nakrapianą lilię zza ucha. Złapała jej łodyżkę, po czym położyła przede mną. - Weź ją. Niech niesie ci szczęście i przywiedzie jeszcze kiedyś do naszej doliny.
Uśmiechnąłem się delikatnie i skinąłem głową. Widziałem, że mnie polubiła. Ale ja już znalazłem tę jedyną. Mimo to, chwyciłem łodygę kwiatu w zęby, starając sie go nie zniszczyć. Pod wpływem mojej bliskości, jego płatki zmieniły kolor na miodowe złoto. Czułem, że śmieją mi się oczy. Pobiegłem za Aatu, rzucając pożegnalne spojrzenie Dacianie. Nie byłem pewien, czy istnieje jakaś szansa, że tu powrócę, ale nie chciałem zostawiać tu ponurych emocji.
* * *
- A oto i Tunel Ostatecznego Końca - ogłosił dostojnie Aatu, jakby delikatnie chyląc łeb przed wielkością, czy też raczej straszliwością tego miejsca. Wsłuchałem się w ciszę, która zaległa między nami, ale gdzieś w głębi tunelu usłyszałem ledwo słyszalny szum.
- Dom - szepnąłem. Basior podał mi skórzaną sakiewkę, podobną do tych, które widywałem u Asar. Niezbyt ciężka, ale lekka też nie była.
- Przyda ci się. A przynajmniej mam taką nadzieję - powiedział w odpowiedzi na moje zdziwione spojrzenie. Bez protestów przywiązałem sobie woreczek do tylnej łapy owiniętej starą koszulą z niespodziewanej przygody, po czym odwróciłem się do Alfy.
- Dziękuję za miłe przyjęcie i pokazanie mi drogi powrotnej. Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy - po tych słowach skłoniłem lekko łeb.
- Żegnaj, przyjacielu! - krzyknął za mną Aatu, gdy oddalałem się truchtem w głąb jamy. - Obyśmy się jeszcze kiedyś zobaczyli... - dodał jeszcze cichym szeptem.
Potem zaległa ciemność.
* * *
Na końcu tunelu zamigotało blade światło. Pobiegłem czym prędzej w tamtą stronę. Szum morza był coraz wyraźniejszy, wkrótce też wyczułem znajomy, wilczy zapach. Mój własny.
- Moja jaskinia! - pomyślałem.
Gdy wbiegłem na górę, byłem już pewny swego. Nagle jednak potknąłem się o coś. Owo "coś" pisnęło wściekle i zawarczało jak wilk. Odwróciłem się, nie mając ani chwili, by się podnieść.
- Calme? - zdziwiłem się, widząc białą jak śnieg wilczycę z obnażonymi na mnie kłami.
- Kim jesteś i co tu robisz?! - warknęła nieufnie.
- Cal, nie poznajesz mnie...? - zasmuciłem się.
- Trochę szacunku dla Alfy!
- Och, wybacz, Alfo – zreflektowałem się złośliwie, a zarazem smutno. - Gdybyś mogła, to nie obnażaj na mnie kłów. Przez kilka dni mnie nie było, a ty już jesteś do mnie wrogo nastawiona?
- Odpowiedz, kim jesteś, bo coś ci zrobię! - wadera nie panowała nad sobą zupełnie. Co się mogło stać przez tak krótki okres czasu?!
Mimo wszystko, zamiast odpowiedzieć, położyłem uszy po sobie i podkuliłem ogon, wychodząc z jaskinii. Nie chce mnie. Nie poznaje. A może po prostu nie chce znać? Nie szukając odpowiedzi na żadne z tych pytań, stanąłem przy brzegu i wbiłem spojrzenie we własne łapy.
Były czarne.
Zdziwiony wszedłem głębiej, by przejrzeć się w tafli wody.
Byłem prawie cały czarny! W jakimś pyle czy kurzu... w każdym razie, moja piękna, biała sierść zamieniła się w jeden, wielki, szaro-czarny kołtun!
Zanurzyłem się po uszy i poruszałem się chwilę, po czym wynurzyłem się. Znów byłem biały.
Usłyszałem za sobą okrzyk zdumienia, po czym delikatne i zdławione słowa:
- C-convel...? Ja... j-ja przepraszam!
Przymknąłem ślepia, czując, że wadera wtula łeb w mój bok i płacze.
- Co się stało, Cal? - spytałem łagodnie.
- Myślałam... że cię straciłam... że zginąłeś...
- A jednak żyję. Choć, wróćmy do domu. Dawno już nie widziałem Kan i Gray'a.
- Nie ma ich tu. Zaginęli już ponad tydzień temu, nie dają znaku życia - odparła smutno Alfa.
* * *
Nie było sensu szukać Kangae ani Graybacka, skoro Calme już to wielokrotnie robiła. Lilię położyłem na tafli własnołapnie wykopanego dołka z podziemnym dopływem czystej wody obok potoku, gdzie rozwijała się własnym życiem.
- Wreszcie wróciłem - szepnąłem sam do siebie, obserwując dryfujący po niewielkiej powierzchni złoty kwiat.
Ale czułem, że to jeszcze nie koniec moich przygód...
Czytaj dalej »

niedziela, 5 lutego 2017

Od Convela - wyprawa (cz. 3/4)

Po moim pytaniu wadera przez chwilę milczała, trwając w zupełnym bezruchu, wpatrzona we mnie jak w boga, po czym kiwnęła potwierdzająco głową i pomogła mi wstać. Gdy tylko stanąłem o własnych siłach, rozejrzałem się wokół. Wadera zapewne wyciągnęła mnie z jeziora o mętnej wodzie istnie morskiego koloru, które położne było zaraz za nami. Staliśmy teraz na plaży o wilgotnym, ciemnozłotym piasku, która pod wpływem ledwo tu docierającego światła księżyca sprawiała wrażenie wyrzuconej na brzeg przez delikatne fale zbiornika wodnego. Po prawej i lewej stronie wyrastały jak gdyby z podziemi skaliste ściany o gładkiej powierzchni. Wysoko nad nami widniała niewielka, ciemnogranatowa szpara, zapewne nocne niebo. Jedynie przede mną znajdowała się ścieżka, którą mógłbym obrać. Wąska, wydeptana ścieżka, oświetlana lekko przez blask gwiazd i księżyca.
Biała wadera nadal milcząc nakazała mi ruchem łba, abym poszedł za nią. Niepewnie postawiłem jeden krok na ścieżce, potem kolejny i następny i tak dalej, aż w końcu zatrzymaliśmy się przy rozległej polanie.
Nie, nie była zielona.
Nie była też wyblakła.
Była tęczowa. Kwiaty i zioła we wszystkich kolorach tęczy zdawały się rozświetlać to miejsce własnym blaskiem. Polana zniżała się do środka, odsłaniając głęboką i długą dolinę przeciętą zaledwie jedną wyraźnie zarysowaną ścieżką. Porastały ją także niskie drzewa, po lewej stronie - cały ich gąszcz. Po drugiej stronie doliny piętrzyły się góry, tak samo odcinające się od pięknego otoczenia, jak i wąska rozpadlina za nami, a jeszcze przed kolorowymi szczytami rozciągało się śliczne jezioro o gładkiej tafli.
Biała wilczyca podążyła dalej ścieżką, a ja odruchowo podreptałem za nią. Nie odzywała się wcale, tylko co jakiś czas sprawdzała, czy idę za nią.
- Co to za miejsce? - spytałem, gdy zatrzymaliśmy się na krawędzi lasu. - Czy trafiłem do tęczowej doliny?
Wadera uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
- Dlaczego nic nie mówisz? - biała wilczyca pokręciła łbem. - Nie możesz? - zdumiłem się. Wadera zasmuciła się lekko i spojrzała na mnie pytająco.
- Convel - odparłem. - Wilk wojownik, Beta z watahy, która zamieszkuje dość odległe od tego miejsca tereny.
Na te słowa biała wilczyca zdziwiła się wielce. Pokazała mi gestem, abym nie ruszał się z tego miejsca, po czym zniknęła w lesie.
* * *
Wróciła po około godzinie, prowadząc za sobą dwa czarne wilki; jeden z nich ewidentnie był basiorem, miał ciemnoniebieskie oczy o przenikliwym spojrzeniu. Drugim wilkiem zapewne była wadera, która starała się nie oddalać od basiora. Czyżby para Alfa? W jakim świecie ja żyję?!
- Witaj, przybyszu - powiedział głębokim basem samiec. - Podobno zwiesz się Convel, Wilk wojownik. Czego szukasz w tej dolinie?
- Odpowiedziałbym, ale nie znam twojego imienia. Nie odpowiadam nieznajomym, bo każdy obcy może się okazać wrogiem i wykorzysta informacje przeciw mnie i mojej rodzinie.
- Nie musisz się nas obawiać - zaśmiał się basior. - Nie zamierzamy wystawiać nosa poza własne granice. Na imię mi Aatu, jestem basiorem Alfa tutejszej watahy, Watahy z Tęczowej Doliny. A to moja partnerka, Agwang. Czy więc teraz odpowiesz, co robisz w naszej dolinie?
- Szukałem jej. W młodości nasłuchałem się wielu legend o tym miejscu. Wilki twierdziły, że to tylko wymysł starych podróżnych, ale ja zawsze marzyłem o zobaczeniu tego miejsca. Jednak teraz... cóż, dostałem się tu przypadkiem. Wycieńczony wpadłem w szczelinę, spadałem bardzo długi czas i wątpię, czy jest stąd inne wyjście.
- Nikt go chyba nigdy nie przeszedł, ale wiemy, gdzie znajduje się tunel, zwany także Tunelem Ostatecznego Końca. Podobno prowadzi on nad tak zwane Morze, a potem do Skalistej Zatoki.
- Znam te miejsca - szepnąłem, wpatrując się z niedowierzaniem w Aatu.
- Znasz je? Jesteś z tamtych krain? - zdziwił się basior.
Przytaknąłem tylko skinieniem łba.
- A więc, zaprowadzicie mnie do tego tunelu? - spytałem w rozterce. Nie mogłem się bowiem zdecydować. Tutaj nie było dwunogów, panował spokój, harmonia i przyjazna atmosfera. Jednak zostając w Tęczowej Dolinie, porzuciłbym syna i watahę, moją jedyną, prawdziwą rodzinę.
Jednak wolę mieszkać w świecie pełnym zagrożenia, byleby blisko rodziny.
Czytaj dalej »

wtorek, 31 stycznia 2017

Od Floeado - wyprawa 2/4

Skuliłam się w sobie, gdy poczułam te wszystkie obce wonie. Im dalej zagłębiałam się na zachód, tym wonie robiły się dziksze i nieprzyjemniejsze. Nic dziwnego. W końcu kilka godzin drogi w tamtym kierunku znajdowało się opuszczone, ludzkie miasto.
Nie było zbyt duże; zaledwie znajdowało się tam kilka dużych bloków oraz trzy sklepy. Mimo to, to miejsce i tak było okryte złą sławą - w wielu miejscach można było znaleźć trutki na psy lub szczury, broń, pułapki czy inne sfory bezpańskich psów, które zazwyczaj nie były nastawione do podróżnika zbyt przyjaźnie. 
Po co tu przyszłaś, Floe? - zapytałam sama siebie.  No tak... nikomu o tym nie mówiłam, ale od jakiegoś czasu ciągnęło mnie tutaj. Okropnie. Nie wiem, czy to przez ten sen. W każdym razie coś mnie tu przyciągnęło, jakbym miała jakąś ważną.. misję? do spełnienia. Tylko co to u diabła mogło być?!
Niewiele myśląc przekroczyłam linię ponurych wieżowców, po czym aż zakasłałam. W tym miejscu woń psów, woń śmierci i chaosu była jeszcze bardziej wyraźna. Potknęłam się o coś, a kiedy zobaczyłam, co to było o mało nie zwymiotowałam. Przede mną w całej okazałości leżały zwłoki jakiegoś małego pieska. Miał otwarty pysk, a na kąciku jego ust została zakrzepnięta krew. Nie umarł śmiercią naturalną, tak samo jak nie został zamordowany... To musiała być jakaś choroba.
Co do pogody, nie była ona zbyt piękna, a mianowicie było zimno i wiał wiatr, roznosząc wokół odór zgnilizny. Gdzieś tam czułam, że podążam w dobrym kierunku. Może to było tylko złudzenie? Albo głód? Albo mój umysł tym sposobem powstrzymywał się od paniki. Nie było teraz czasu na rozmyślania nad sensem tego uczucia, nie chciałam spędzić w tym miejscu ani chwili dłużej, niż było to potrzebne.
Wąska uliczka wyglądała zachęcająco, więc w nią skręciłam. Pod moimi łapami chrzęścił żwir i gruz, a także pękały jakieś malutkie kosteczki. Nagle zechciałam znaleźć się już w domu. Ostra woń psa i... wilka? szybko zmusiła mnie do zachowania trzeźwości umysłu. Przecież to nie możliwe, tata mówił, że tu nie ma wilków...
To w sumie mógł być jakiś pies, który miał w sobie wilczą krew. Pachną w końcu podobnie. Ale nie, ten osobnik zdecydowanie nie był mieszanką.
- Halo...? - zapytałam cicho i wcisnęłam ogon między nogi. Czułam, jak strach mnie paraliżuje.
Coś przemknęło za moimi plecami, a następnie przytrzymując za kark powaliło na ziemię. Zaparłam się mocno zadnimi łapami o brzuch przeciwnika i próbowałam go odkopać, ale to nic nie dało.. W akcie desperacji krzyknęłam.
- Cicho bądź, a nic ci się nie stanie. - Teraz już nie miałam wątpliwości, że to wilk. Jego głos skutecznie mnie o tym przekonał. - Łapa, Alesteir, Orion... Magento. - Zwrócił się do swoich psich kompanów. - Zejdźcie z pozycji i zostawcie mnie samego.
Przełknęłam hałaśliwie ślinę. Czego on mógł chcieć?
- Mógłbyś ze mnie zejść? - poprosiłam. Byłam przyduszona do ziemi.
- Jesteś wilkiem, prawda? Mieszkasz gdzieś blisko? - Uścisk na moim karku zelżał. Głos basiora był łagodny.
Usiadłam na przeciwko niego, a wtedy dostrzegłam z kim tak naprawdę rozmawiałam. Przede mną siedział rudy, potężny wilk o przenikliwym spojrzeniu.
- Tak, jestem wilkiem. - odparłam. - I mieszkam niedaleko. Co ty tu robisz?
Basior parsknął zażenowany.
- Mieszkam, jak widać. - mruknął. - Rządzę grupką psów.
Rządzi grupką psów? Po co? I czemu tu mieszka?
- Nazywam się Rouge. - zaczął. - Mam cztery lata, chociaż wiem więcej, niż powinienem. A ty masz problem, młoda damo. - Kiedy zobaczył, że otwieram pysk, gwałtownie mi przerwał. - Nie, nie ty jako jednostka... Mieszkasz z watahą, tak?
Przytaknęłam.
- Szaleje tu zaraza. Nie oszczędza nikogo. - warknął.
Zaraza?... Niebawem moje kłopoty miały być o wiele, wiele gorsze.

<kont. samodzielna>
Czytaj dalej »

Od Convela - wyprawa (cz. 2/4)

Suchość w gardle stała się nie do wytrzymania. Język zdawał się puchnąć z pragnienia. Słabłem. Siły ulatywały ze mnie jak wiatr, który przelotnie zachaczył o jakieś znudzone ciągłym staniem drzewo.
Chciałem się poddać, położyć, ulec własnej zagładzie.
Ale miłość do terenów, watahy... miłość do samej Calme, nie pozwoliła mi na to. Wytrwale szedłem dalej przez bezkresne, wyschłe pustkowie. Jednak słońce znów zachodziło i teraz nie prażyło już tak niemiłosiernie, jak jeszcze godzinę temu. Nie miałem się gdzie schować; ukryć przed zabójczą siłą gorąca. W końcu łapy mi zmiękły, zamknąłem oczy i upadłem, z wolna chyląc się w prawo.
Nie napotkałem oporu. Moje ciało nie zetknęło się z twardą ziemią. Nie rozległ się żaden specjalny dźwięk.
Poza świstem.
Świstem, jakbym leciał. Nieśmiało otworzyłem jedno oko. Słońce oddalało się z niesamowitą prędkością, ginęło w szczelinie, która stopniowo zwężała się. Przerażony otworzyłem też drugie oko i obróciłem się pyskiem w dół. Rzeczywiście leciałem. A raczej spadałem. Pode mną rozciągała się jasnoszara głębiana spowita mgłą i cieniem, a ja ciągle spadałem.
Trough shadow...
Jednak nagle blade światło rozbłysło na moich łapach. Obróciłem się znów w locie. Jednak to nie słońce przebijało się przez gęstwinę mgły, ledwo-ledwo oświetlając moje ciało.
To the edge of night...
To gwiazdy odnalazły mnie w przepaści. Ale zaraz, zaraz... gwiazdy? Więc... jak długo musiałem spadać, żeby na miejsce słońca wstąpiły gwiazdy?
Until the stars are all alight...
Światło zostało na chwilę zatrzymane przez mgłę i cień, a ja pogrążyłem się w ciemności poprzecinanej jasnymi wstęgami.
Mist and shadow...
W końcu wypadłem spośród ciemności, a na jej miejsce wstąpiła szarość, wymieszana z płynnym błękitem.
Cloud and shade...
Wszystko znikło, rozmazało się, gdy z pluskiem wpadłem... do wody? Woda w przepaści, głębokiej szczelinie? Cóż, aż dziwne. Ale nie tłumacząc sobie tego banalnego przypadku, postanowiłem się wydostać.
All shall fade...
Jednakże coś trzymało mnie na dnie. Ruszałem łapami z całych sił, próbując za wszelką cenę wydostać się na powierzchnię, ale wszystko na nic. Jakby sama woda zacisnęła na mnie swoją gęstą pięść. Wypuściłem ze swych płuc ostatni oddech, który błyskawicznie zamienił się w kilka bąbli i uleciał do góry. Brak powietrza mnie szokował. Obraz rozmazał mi się jeszcze bardziej. Zamknąłem oczy, nie chcąc już dłużej oglądać tego podłego świata.
All shall... fade
Nagle coś potężnego złapało mnie za grzbiet i wyciągnęło z wody. Leżąc na brzegu, gwałtownie zaczerpnąłem powietrza, jakby ożywiając swoje zwiotczałe ciało. Otworzyłem oczy. Najpierw obraz był zamglony, ale po kilku mrugnięciach wyostrzył się. Dostrzegłem nad sobą młodą, białą waderę z różową, nakrapianą lilią za uchem, która tylko dodawała jej powalającej urody. Jedno oko miała złote jak miód, słodki przysmak niedźwiedzi w naszym lesie, drugie zaś było błękitne jak niebo, które za dnia pewnie wisiało by nad nami.
Ale teraz była noc. Po obu stronach piaszczystego miejsca, w którym się znajdowaliśmy, z ziemi wyrastały wysokie skały, ciągnące się niemal pod samo niebo.
- Żyję? - spytałem ochryple, mrugając nerwowo oczami.
Czytaj dalej »

Od Convela - wyprawa (cz. 1/4)

Był to słoneczny ranek. Zima już dawno przeminęła, wiosna zbliżała się do końca. Wokół powoli nastawało lato. Słyszałem to w szumie wody, która wesoło rozbijała się o przybrzeżne kamienie. Widziałem to na drzewach, których liście przybrały barwę żywej zieleni, a także w słońcu, które z każdym dniem dłużej wisiało nad naszym pięknym lasem. Czułem to w kwiatach, które gwałtownie zaczęły porastać wszelkie wolne obszary na naszym terytorium.
Niby taka piękna pora roku, a jednak tylu rzeczy mi brakowało... śmiechu szczeniąt, towarzystwa Snorriego, uwagi Mirabilisa, obecności Hardej...
Muszę się stąd wyrwać - pomyślałem. - Wiem, wyruszę na wyprawę!
Z takimi oto myślami i... niezbyt stabilną czy sensowną motywacją, postanowiłem odszukać Calme i szepnąć jej słówko o moich planach.
* * *
Zastałem Alfę na łące, całkiem niedaleko miejsca, w którym się akurat znajdowałem. Stojąc w cieniu drzew, popatrzyłem na Cal w blasku złotych promieni słonecznych. Jej futro zdawało się iskrzyć, przybrało piękną, pomarańczowo-złotą barwę; odcienie zachodzącego słońca. Wadera siedziała na trawie, nieporównywalnie piękniejsza od trawy w takich samych odcieniach złota, nadstawiając ucha na pobliski śpiew ptaków.
Żal byłoby mi ją zasmucić wieścią, że znikam. Tak więc rzuciłem jej ostatnie, tęskne spojrzenie, po czym odwróciłem się i zniknąłem w leśnej gęstwinie.
* * *
Szlak? Jaki szlak? Prędzej szlag mnie trafi, niż odszukam drogę do tej cholernej doliny!
Całe obiecane piękno, rozmaitość, urodzajność, nieodkryte tajemnice i trzymane w ukryciu sekrety, cała "niezwykłość" Tęczowej Doliny znikła wraz z chwilą, w której w moim sercu zagościła nieznośna frustracja. W którą stronę? Którą drogą? Czy ta dolina ma zapach, którym mógłbym się kierować? Jak ona właściwie będzie wyglądać? Po czym ją poznam? I najważniejsze: jak do niej trafię?!
Wraz z upływającym czasem zacząłem żałować, że w ogóle wystawiłem nos poza rodzinne granice.
W końcu zdecydowałem się pójść przed siebie. Po prostu biec naprzód, aż znajdę coś, co naprowadzi mnie na chociażby małą wskazówkę, prowadzącą do odnalezienia drogi do Tęczowej Doliny.
* * *
Co mnie naszło, żeby wyruszyć w świat, na jakąś durną wyprawę?! - w duchu byłem wściekły na samego siebie. Błąkałem się teraz po niemal równym, zupełnie suchym i martwym terenie, bez wody i pożywienia, szukając rzekomo istniejącej Tęczowej Doliny.
Doliny, w której podobno cuda są stałymi bywalcami.
Doliny z opowieści, których tak cierpliwie wysłuchiwałem dawno temu, siedząc w trawie obok starych podróżników z mojej byłej watahy.
Doliny, z której wynieść można wiele, a przynieść jeszcze więcej, nawet o tym nie wiedząc.
Doliny... nie, nie będę tak w kółko wymieniał. Ta dolina nie może być przecież bardziej niezwykła niż inne doliny!
...prawda?
Czytaj dalej »

niedziela, 29 stycznia 2017

Wyprawa!

Convel wyrusza na wyprawę do Tęczowej Doliny!
Czytaj dalej »

czwartek, 26 stycznia 2017

Od Moon'a; wyprawa 4/4 i powrót

Po moim treningu znów wróciłem do klatki. Byli wszyscy prócz Aruna
-gdzie jest Arum?- zapytałem przez chwilę panowała cisza
-wzięli go na polowanie-powiedziała przerażona.-Może nie wrócić-
-Co! Dlaczego!?-krzyknąłem niepewnie nie
-ponieważ Leśniczy, nienawidzi Aruma... Nie wiemy co mu zrobi- po tych słowach mnie wstrząsnęło, co! Dlaczego? Po co! Czemu! Przez parę godzin Arum nie wracał. Nic nie mówiliśmy
-Musimy z tąd uciec-odparłem po chwili poważnie -nie mamy wyboru.
-ale... Stąd nie da-
-Jesteśmy wilkami czy jakimiś psami! Nie ma rzeczy niemożliwej dla wilka. Jesteśmy potężni, nieważne czy czystej krwi, czy mieszańce. Jesteśmy wilkami jest nas czworo damy rade! Nawet jak on ma te swoje Pukawki... Damy rade!-
-a jak Arum nie wróci?-
-wróci... Na pewno, nie opuści nas- po tych słowach leśniczy wepchał do klatki zmęczonego Aruma. -Nic ci nie jest?
-Nie... tylko jestem zmęczony- nie wierzyłem mu, był słaby czuć było strach i niepokój.
-uciekamy...jutro.

***

Przez noc o powiedziałem im jedynie mój plan, lecz nazajutrz go zrealizowaliśmy. Mój plan był prosty. Przyszedł leśniczy plan szedł po mojej myśli wsią mnie. Gdy poszedł po sprzęt ja porwałem klucz i otworzyłem resztę.
-okej, wiecie co robić?-
tak- powiedzieli, i przytaknęli głowami. Nim było za puźno wylecieliśmy przez otwarte okno.
-Nie wierzę, że uciekliśmy!- Uradowana Lara tarzała się po ziemi. To było dość dziwne-to co teraz robimy?- Zapytaj Alex
-ja idę na sam szczyt tej góry- odpowiedziałem z dumą
- to powodzenia -powiedziała Lara i uśmiechnęła się-Hej Czekajcie Mam pytanie!- Zawołałem, zanim wszyscy się rozeszli.
- tak?- zapytał Arum-daleko jest stąd na sam szczyt?-
-nie... masz przed sobą parę godzin-
-okej dzięki i do zobaczenia... Kiedyś!-na te słowa wznowiłem swoją wspinaczkę minęło parę godzin i byłem na szczycie


Powrót
Można, by rzec, że widoki były niesamowite. Pełno i zwierzyny roślin. Z tąd góra nie wyglądała groźnie, wyglądała jak wzniesienie. Tylko ponad chmurami! Chciałbym podzielić się ze wszystkimi tym widokiem, lecz się nie da. Ale znalazłem to! Najrzadszy kwiat świata, który na dodatek nie więdnie. Był piękniejszy nirz się spodziewałem. Wyrwałem kwiat z ziemi i poleciałem na dół. Mam Nadzieję, że Celestial się spodoba... I, że dalej mnie lubi. Nie e traciłem ani chwili, biegłem, ażeby jak najszybciej być na dole. Moja Podórz powrotna nie była długa powiewarz trwała trzy dni. Gdy byłem na dole poczułem już że to teren watahy. Nareszcie wróciłem, wróciłem do domu.
Czytaj dalej »

wtorek, 24 stycznia 2017

Od Floeado - Wyprawa 1/4

Można powiedzieć, że mam dużo zajęć. Praktycznie nie mam wolnego czasu, ponieważ każdego dnia mam zajęcia z Aleksiejem, Asar i Znachorem. Podobno 'przyuczają' mnie do bycia alfą, chociaż to się raczej nie stanie. To wszystko i tak jest bezcelowe, przecież nikt nie zamierza mianować mnie przywódczynią. Po śmierci al... Snorriego nikt się do tego nie kwapi. Potrzebowałam chwili samotności... Gdzie może się udać wilk potrzebujący przerwy?
- Do zobaczenia. - rzuciłam gdzieś w kierunku pustych, zimnych ścian naszej jaskini.
***
- Floe? - Asar wypuściła z łap kubek na mój widok. - Nie powinnaś być na terenach watahy?
- Cóż, aktualnie mam inne plany. - odparłam cicho. - Przyszłam po ciebie po kilka rzeczy.
- W porządku. - Wilczyca zmarszczyła nos. - Czego potrzebujesz?
Zaśmiałam się ponuro. Czego potrzebuję? 
- No więc.. Czegoś, gdzie mogłabym przechowywać rzeczy. - odpowiedziałam luźno. Nie chciałam nic zdradzać o swoich planach wybrania się do miasta.
- A ile rzeczy? - zapytała przegrzebując szafki. - Jest dużo rodzajów rzeczy do trzymania rzeczy. - W tym momencie wyciągnęła jakąś torbę. - Może być? 
- Oczywiście. - Uśmiechnęłam się, a odbierając od niej torbę dodałam: Dziękuję, Asar.
- Nie ma za co. - Odwzajemniła uśmiech.
To dobrze, że nie wiedziała, gdzie idę. Zatłukłaby mnie. Zamierzałam pójść do miasta, do ludzi. Ciekawili mnie... Nawet bardzo. Poza tym, chciałam poznać jakiegoś psa. To dziwne stworzenia - są na tyle do nas podobne, że możemy mieć razem potomstwo, ale jednocześnie na tyle odmienne, żeby służyć człowiekowi.
- Usiądź, Floe. - poprosiła wilczyca i sama usiadła przy stoliku. 
Posłusznie wykonałam prośbę oraz omiotłam całe pomieszczenie wzrokiem. Mieszkanie Asar to... bardzo egzotyczne miejsce, chociażby z powodu różnych, przedziwnych przedmiotów wiszących na ścianach. Znajdował się tam na przykład łapacz snów i coś, co przypominało króliczą łapkę. Uroczo.
- Jest na szczęście. - zwróciła uwagę na obiekt mojego zainteresowania. - Zdobyłam ją w Ameryce.
- Byłaś w Ameryce? - zdziwiłam się.
- Tak, na statku. - odparła z uśmiechem.
- I... jak to jest? - mruknęłam.
- Szczerze? Dziwnie. - zaśmiała się. - Wszystko się kołysze. Ale do rzeczy... Wybierasz się gdzieś?
Nie wiedziałam, co jej powiedzieć, więc tylko wymownie zagryzłam dolną wargę. 
- Rozumiem. - szepnęła. - Mam o tym nie mówić Calme, tak?
Zaprzeczyłam. Nie chciałam, żeby mama się denerwowała.
- Dobrze. - zamruczała cicho podróżniczka. - Gdzie się wybierasz? Kiedy masz zamiar wrócić?
- Wybieram się do miasta. - Skierowałam wzrok na ścianę. - Nie wiem, kiedy wrócę.
Asar nie była zachwycona odpowiedzią i fuknęła coś niesłyszalnie, a potem podeszła do ściany z amuletami i chwyciła jeden z nich. Przedstawiał dwa wilki ze splecionymi ze sobą ogonami. Był malowany, a jeden z wilków był biały. Drugi miał rudo złoty kolor.
- Weź to. - nakazała. - Przyda ci się. Czuję to.
- Dobrze, dziękuję. - Położyłam uszy po sobie na znak zgody.
Grotę wilczycy opuściłam w milczeniu, kierując się w bliżej nieokreślonym kierunku. Szybko ziemia pod moimi łapami przestała być znajoma, a ja znalazłam się na obcym terytorium, uzbrojona jedynie w plecak i ten dziwny amulet.

<kont. samodzielna>
Czytaj dalej »

niedziela, 22 stycznia 2017

Od Moona - wyprawa 3/4

Kolejny dzień był Jeszcze gorszy, było zimno woda była zamarznięta,ani żywej duszy...nic! Wdrapywałem się. Dalej na górę byłem bez sił dreptałem po śnierznym,płaskim polu bez niczego prucz śniegu... GŁĘBOKIEGO śniegu. A jeszcze myśl o Celly... Co jej jest czy żyje czy ma się dobrze czy jest wesoła, czy to wszystko na odwrót! W głowie kłębiły mi się myśli biegłej nie patrzyłem na drogę... Po prostu biegłem lecz na moją nie korzyść. Wpadłem prosto głową w chyba Cegłę...

***


Obudziłem się w... KLATCE!
-co ja tu robię?- szepnąłem do siebie
-to samo co my- odpowiedział gróby męski głos. Popatrzyłem przed siebie i ujrzałem klatki w których były wilki -jesteś teraz w chatce leśniczego. Szkoli nas do polowania, jest tu całkiem miło lecz jest ostry. Lepiej się go słuchaj bo... Ach nie chcesz wiedzieć- głos ucichł
-wyglądasz na młodego- odparł chciwy piskliwy głos -nie przerzyjesz tu długów
-Alex! Nie Strasz go!- to chyba była wadera. Miała taki miły madczyny głos - przepraszam cię za niego... Jeśli mogę spytać to jak na ciebie wołają?-wachając się odpowiedziałem
-Moon-
-a więc Moon... - powiedziała wadera - ja jestem Lara, ten który cię na straszył to Alex, a ten trzeci to Arum-. Przedstawiła mi ich i opowiedziała ich i swoją historię.-A ty? Jak tu się znalazłeś?-
- To długa historia... -
Trzy gwiazdki
-biedactwo...-powiedziała Lara
-Szkoda że z tad nie wyjdziesz!-dodał Alex
-Ach... Nie słuchaj go on tylko się droczy-
-Ale to prawda-
- ty zawsze straszysz te szczeniaki!-
-no ale...-
-CISZA!- warknął Arum - słychać was na kilometr! Dostanie nam się!-
wszyscy ucichli. Weszedł leśniczy. Podszedł do mojej klatki, a ja odszedłem jak naj dalej. Warknąłem, krzyk na coś i kiwną palcem
-Nie buj się, nic ci nie zrobią
-jak się nie będziesz szarpał ha ha ha-zaśmiał się chciwo Alex a leśniczy załorzył mi smycz kaganiec i obrorze. Zaciągnął mnie na pole było okropnie zimno. Sam miał na sobie jakąś drógą skórę, na głowie i na nogach to samo. Wskazał mi na zająca który był w zagrodzie. Nic nie jadłem, i byłem przeraźliwie głodny. Leśniczy puścił mnie a ja od razu złapałem królika i zjadłem...

<Kontynuacja własna>
Czytaj dalej »

niedziela, 8 stycznia 2017

Od Moona - wyprawa 2/4

Obudziłem się w południe. Kark nadal mnie przeraźliwie bolał. Lecz wstałem, nie chciałem zostać jedzeniem dla innych... A propozycje jedzenia byłem głodny! I tak szedłem do góry wzdłuż polany gdy usłyszałem szmer z krzaków wyszedł królik! Morze nie był największy ale to wciąż jedzenie! Zacząłem go ścigać i ZŁAPAŁEM GO! Odrazy wziąłem się za jedzenie... Lecz to i tak nie był największy posiłek świata. Poszedłem dalej, przez parę godzin trasa nie wydawała się trudna lecz nie lekceważyłem jej. Jak na start przywitał mnie krwiożerczy lis, To co mnie spotka na górze! I co z Celestial czy dalej mnie lubi? Czy się martwi o mnie? Czy mój sokół na pewno jej broni! Myślałem tak szedłem prosto i Zauważyły mnie sępy krążyły nade mną parę ładnych godzin ara padnę lub zasnę żeby mnie dopaść. Pomyślałem żeby nie wstrzymać kolejnej bezsensownej walki, próbowałem im uciec. Zgadnijcie nie udało się. Nagle sępy były coraz niżej i niżej
-Cholera! Znów ktoś usiłuje mnie zabić!-krzyknąłem napiąłem mięśnie i wyciągnąłem pazury. A sępy nie śmiały mnie atakować. Tylko jeden, największy i pewnie najsilniejszy szybko mnie zaatakował. Szybko odskoczył em, ból karku dawał się we znaki! Bolało bardzo. Gdy sęp po raz 2 chciał mnie ugryźć przyleciał sokół. Obronił mnie i pokazał że mam uciekać. Lecz czemu mi pomógł. Wahałem się czy uciekać czy mu pomóc. Sokół znów pokazał żebym uciekał więc z niechęcią uciekłem.

<Kontynuacja własna>
Czytaj dalej »

sobota, 31 grudnia 2016

Od Moona - wyprawa 1/4

Dopiero co wyszedłem na jakieś parę metrów, a już czułem ten przekraczający odór...  Odór śmierci. Mój sokół niespokojnie szybował nade mną
-Wind... Zostań razem z Celestial pilnuj ją!-powiedziałem a posłuszny sokół nawet jak trochę się wahał to poleciał na teren watahy. Zostałem sam... Sam w miejscu w którym żaden szczeniak jeszcze nie przeżył. Ale to dodawało mi siły, będę pierwszy taki głupi który przeżyje wejście na tą górę. Popatrzyłem jeszcze czy ktoś za mną nie idzie i poszedłem dalej. Po jakiejś godzinie na start przywitały mnie 2 dzikie lisy.
-Co tu robisz młode szczenię?-zapytał nie wierzyłem że go rozumiem!
-Tak, znam mowę wilków, tak czy siak nie poznajesz mnie? Przyjrzyj się!-Teraz zrozumiałem, to lis który napadł moją watahę razem z tamtymi wilkami.
-To ty jesteś Sharon!? Ten zabójca który zabił mi wujka!-krzyknąłem
-Ooo... Sprytny jesteś
-Jak mógłbym zapomnieć pyska zabójcy mego wujka... Jedynego wujka!-
-Och! Mały słodki szczeniaczek podskakuje!- powiedział. O nie teraz to przegiął. Rzuciłem się na niego a jego kolega stał i patrzył jak przyciskami​ Sharona do gleby.
-Nie jestem takim małym i bezbronnym szczeniakiem z kiedyś.
-Mów że co chcesz ją i tak cię pokonam!- odwrócił się i teraz mnie przycisnąć do ziemi i ugryzł w kark. Wtedy widziałem swoją rodzinę mamę, tatę wszystkich którzy zginęli
-Colin dasz radę!-powiedziała matka
-Pomścij mnie młody! Dasz radę- uśmiechnął się wujek i wszyscy zniknęli. Weszła we mnie jakaś wola walki więc powaliłem lisa na ziemię i podrapałem mu łapę i ugryzłem w kark. Ten wyszedł z mojego uścisku i powiedział
-Jeszcze się kiedyś zmierzymy Colinie czy tam Moonie. I odszedł że swoim kompanem. Zapadła noc, a że prawie nic dziś nie wędrowałem, to źle bo nigdy tam nie dojdę. Miałem przez noc iść dalej ale ta walka mnie zmęczyła i dużo krwi mi upłynęło. Położyłem się głodny i zmęczony na wielkiej pustej polanie.

<Kontynuacja własna>
Czytaj dalej »

Wyprawa!

Znalezione obrazy dla zapytania black wolf gif

Moon wyrusza na wyprawę na Czarny Grzbiet!
Czytaj dalej »

sobota, 12 listopada 2016

Convel cd Harda (wyprawa cz. 4/4)

Obiecałem Hardej, że wrócimy do Mirabilisa. Nie sposób było nie dotrzymać danego słowa. Po pierwsze: obiecałem do mojej Hardej. Po drugie: łamanie danego słowa nie leży w mojej naturze. Po trzecie: mam swój honor, a honor jest dla mnie najważniejszy.
Zaraz po Hardej.
I Mirabilisie.
I Snorrim.
I reszcie watahy.
Tak. Właśnie tak.
Po cichu poleciłem mojemu rysiowi, żeby znalazł coś na zapakowanie i bezpieczne przetransportowanie srebrników do domu. Sam za to - nadal zbierając roślinki tak drogie w naszej watasze - kątem oka obserwowałem waderę. Była trochę niespokojna, ale szybko się zrelaksowała i pomogła mi zbierać srebrniki. Dopiero w chwili, gdy ryś wrócił z dużym liściem i mocną lianą zacząłem się niepokoić.
- Harda, czy w tych górach coś rośnie? - spytałem cicho.
Wadera drgnęła lekko na dźwięk swojego imienia. Spojrzała na mnie niepewnie, przekrzywiając łeb.
- Nic tu nie rośnie. To miejsce pokryte jest czarnymi skałami. Nawet paprotki nie znajdą tu oparcia - powiedziała.
- A więc jak wytłumaczysz to, co przyniósł Aurum? - kiwnąłem głową na wielki, zielony liść i mocną lianę, o równie świeżym odcieniu.
Wadera zamarła.
- Nie wiem... nie potrafię ci tego wyjaśnić. Stawiam jednak na to, że jesteśmy dość blisko jakichś terenów, a po dokładniejszyn obejrzeniu liany, mogę powiedzieć, że to Tereny Niczyje. - wyjaśniła naukowo moja partnerka.
Zamyśliłem się. Dziwne to trochę, że Aurum w tak krótkim czasie znalazł rośliny zielone, ale postanowiłem nie narzekać. Byłem już głodny, spragniony i zmęczony, więc z pomocą Hardej zrobiliśmy coś co dwunogi nazywają "sakwą", schowaliśmy do niej srebrniki i przywiązaliśmy do mojej szyi.
Postanowiliśmy wracać, zdając się tylko na mojego towarzysza, który - jak się przed chwilą okazało - umiał trafić dosłownie wszędzie. Po kilku godzinach spokojnego truchtu dostrzegliśmy wreszcie ziemię. Szarą, suchą ziemię, na której nic nie rosło. Słońce już zachodziło, dając nam wyraźny znak, w którą stronę musimy się udać. Aurum puścił się pędem przez odsłoniętą, szarą równinę, a my za nim. Mimo wszystkich starań nie mogliśmy dotrzymać mu kroku. A myślałem, że to ja jestem tu najszybszy!
Gdy na horyzoncie pojawiły się znajome, zielone drzewa, w moje nozdrza uderzył znajomy rodzinny zapach. Wyraźnie podniecony ryś pobiegł jeszcze szybciej, by po chwili wpaść na wielkiego, biało-szarego basiora. Uderzył o jego pierś z niebywałym impetem.
Wilk się nie przewrócił, ale Aurum owszem.
Zza wilka, który torował nam drogę, wyłoniła się mniejsza, śnieżnobiała waderka. Zbliżyliśmy się do obojga z nich. W oczach basiora paliły się dzikie iskierki przeplatane radością i nadzieją. Te głębokie, czarne oczy były wyjątkowo znajome, ale wilk niemal dorównywał mi wielkością i umięśnieniem.
- Kim jesteś? - warknąłem, a Harda schowała się lekko za mną, spięta i gotowa do ataku lub uniku.
- Nie poznajesz mnie, tato? - odezwał się nagle wilk. Zatkało mnie. Czyżby... nie... ale przecież...
- Mirabilis - szepnęła Harda, podchodząc do basiorka. Byli prawie równego wzrostu, Mirabilisowi brakowało tylko kilku centymetrów. Wtulił się w pierś matki. A ja nadal stałem jak wryty.
- Floe, nie bój się. To oni - mruknął cicho nasz syn, a córka Snorri'ego podeszła do nas bliżej.
- A jednak wróciliście - powiedziała nieśmiało. - Wszyscy już powoli traciliśmy nadzieję na wasz powrót.
- Jak tak można? Wiadomo przecież, że my zawsze wrócimy do rodziny - prychnąłem i wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Gdy po kilku minutach uspokoiliśmy się, zaciągnąłem się znajomym, rodzinnym zapachem.
- Chodźcie. Musicie zobaczyć się z moim tatą. On martwił się chyba najbardziej - oświadczyła nagle Floe i ruszyła przodem równo z Mirabilisem. My troje, znaczy się: ja, Harda i Aurum, zostaliśmy trochę w tyle.
- A jednak udało się, kochanie - szepnąłem i liznąłem Hardą po pysku.
- Udało się - odparła ze łzami w oczach. - Udało...

<I tak oto kończy się nasza wyprawa! Wesoło i szczęśliwie :)>
Czytaj dalej »

niedziela, 30 października 2016

Od Convela (wyprawa cz. 3/4)

Znużony ciągłym siedzeniem u wejścia do jamy zacząłem z lekka przysypiać. Nagle coś świsnęło mi tuż koło ucha. Rozejrzałem się gwałtownie, wyostrzając wzrok. To były nietoperze. Wielkie, potężne, latające ssaki o prawie dwumetrowej rozpiętości skrzydeł. Syczały groźnie, próbując zahaczyć o mnie skrzydłami. Nie dałem się. Szybko wbiegłem do jaskinii.
- Wstawajcie! Harda, Aurum, ruszamy! - krzyczałem.
- Co jest? Nie! Czemu?! - zdenerwowała się zaspana Harda.
- Atak wielkich nietoperzy. Musimy uciekać zanim nas zabiją - odparłem. Aurum otarł się o mój bok, mrucząc cicho, po czym szybko i bezszelestnie wybiegł z jaskinii. Harda wyprężyła się do skoku i wyskoczyła za rysiem. Ja pędziłem ostatni, strzegąc tyłów.
Na całe szczęście szybko zgubiliśmy nietoperze. Możnaby to uznać za koniec kłopotów, ale - niestety - była noc, a my biegliśmy ku szczytom Czarnej Przełęczy. To nie mogło zwiastować nic dobrego.
I nie zwiastowało. Wkrótce znów usłyszeliśmy wycie kojotów. Dopadły nas nad szerokim urwiskiem, otoczyły i powoli spychały ku krawędzi.
- Convel! - krzyknęła Harda, przegryzając gardło kojotowi, który rzucił się na nią. - Zrób coś!
- Co niby?! - odparłem, w ostatniej chwili uskakując przed trzema psowatymi i tylnymi łapami spychając je w przepaść.
Po piętnastu sekundach usłyszałem głuche plaśnięcie, niewątpliwie należące do trzech martwych ciał kojotów, które zrzuciłem. Wzdrygnąłem się.
- Aurum! Prawe skrzydło! Harda, lewe! Ja biorę środek! - zakrzyknąłem, rzucając się na zwierzęta.
Po dłuższej chwili zmachrani i poranieni staliśmy bezpieczni w sporej odległości od urwiska, dysząc ciężko.
- Udało... się... - powiedziała Harda, zaczerpując powietrza i wtuliła się we mnie. - Conv... znajdź, co miałeś znaleźć i wracajmy do domu, do Mirabilisa. Proszę.
Słysząc te słowa, troskliwe, wypowiedziane z miłością i nadzieją, wspomniałem moją Hardą z nad Potoku. Łza zakręciła mi się w oku, ale powstrzymałem ją.
- Masz rację, kochanie. Tak zrobię - powiedziałem i sprintem ruszyłem w górę.
Mrok i nieprzerwana cisza tego miejsca jakby napędzały moje białe łapy. Pędziliśmy coraz to szybciej w stronę szczytu. Z każdym krokiem bliżej szarych chmur i równie ciemnego światła. Z każdym skokiem bliżej możliwej zagłady. Z każdym oddechem bliżej ku krawędzi wyczerpania.
Dorarliśmy wreszcie na sam szczyt. I tutaj wolnym krokiem podszedłem do krawędzi.
Widok roztaczał się stąd wprost niewiarygodny. Ponad chmurami roztaczało się piękne, złote światło, zwiastujące, że coraz bliżej do lata.
- Przegapiliśmy początek wiosny, skarbie - szepnąłem, odwracając się z wolna. Harda stała obok. A za nią roztaczało się coś, co aż zaparło mi dech w piersi.
Cały szczyt Czarnego Grzbietu porastało lśniące pole srebrników.

Czytaj dalej »

czwartek, 20 października 2016

Od Convela (wyprawa cz. 2/4)

Harda po krótkim namyśle zdecydowała się iść z nami dalej. Aurum na początku podchodził do niej nieufnie, z dystansem, wyczuwając moje negatywne emocje względem jej zachowania, ale w końcu wyczuł mocną więź między nami i uspokoił się.
Teraz powoli wdrapywaliśmy się na skały u stóp pierwszej góry Czarnego Grzbietu.
- Cooonvel - wysapała Harda, gdy zwinnie wskoczyłem na kolejną skałę. Aurum prowadził, będąc trzy kamienie wyżej.
- Co, słonko? - spytałem, przemieszczając się na kolejną półkę.
- Bolą mnie łapy... - jęknęła, wykrzywiając pysk.
- Nie marudź. To była twoja decyzja - stwierdziłem. Aurum był trzy skały nade mną, Harda stała dwie skały pode mną. Wskoczyłem na kolejną.
- Hej, zaczekaj! - zdenerwowała się lekko, błyskawicznie nadrabiając kolejne kamienie. - Jestem wolniejsza, ale nie znaczy to, że masz mnie tu zostawić!
- Jasne, skarbie. Nie zostawię - wymamrotałem, wskakując na usianą ostrymi kamieniami ścieżkę i ruszając za rysiem.
* * *
Szliśmy nad stromym zboczem góry. Gdzieś w oddali skrzeczały jastrzębie. Słychać było niosące się echem powarkiwania kojotów. Mgła przysłaniała kolejne szczyty, ginące w gęstwinie szarych chmur wysoko nad nami. O tej porze nie było nawet mowy o postoju, mimo tego, że wszyscy byliśny wymęczeni.
Aurum warknął z nagła.
- Co jest? - spytałem podenerwowany. - Co jest grane, Aurum?
Ryś skierował łeb gdzieś do przodu. Do moich uszu doszły ciche, gardłowe pomruki.
Nie należały one do mojego towarzysza ani do Hardej.
Wyłaniały się z ciemności jeden po drugim, groźnie szczerząc kły i marszcząc nosy.
Kojoty. Całe stado groźnych górskich psów ruszyło prosto na nas, ujadając zaciekle.
- Harda, na tyły! - zakrzyknąłem, z głuchym warkotem w gardle rzucając się do ataku. Kojoty były bardzo wytrzymałe, jednak dzięki naszej na szybko wymyślonej strategii powoli je eliminowaliśmy. Ja zadawałem pierwsze, głębokie rany i spychałem psowate ze zbocza, Aurum zabijał większość zranionych a Harda wykańczała niedobitki.
Nie. Zdecydowanie nie było mi szkoda moich górskich krewniaków. Gdy już walka się skończyła, ruszyliśmy wzwyż krętą ścieżką, uważnie obserwując otoczenie. Ale jak na razie nie widać było żadnej wściekłej hordy; ani kojotów, ani jastrzębi, ani innego górskiego paskudztwa.
* * *
Chmury były już całkiem blisko. Przygoda trwała w najlepsze i nie zanosiło się na koniec. Jednak skrzeki ptaków były coraz bliższe. Od czasu do czasu należało zrobić unik przed drapieżnymi szponami orła czy jastrzębia. W końcu okazało się, że wszyscy opadliśmy z sił i nikt nie może iść dalej bez odpoczynku.
Po raz pierwszy postanowiliśmy zanocować nie pod gołym niebem, ale w jaskinii. Na całe szczęście w tej, którą wybraliśmy, nie było nietoperzy, robali ani innych niechcianych przez nas mieszkańców. Mogliśmy więc zapaść w spokojny sen.
Jednakże ja uparłem się, że będę stał na warcie. I tak też zrobiłem. Siedziałem u wejścia do jaskinii, skryty bezpiecznie w cieniu i obserwowałem bacznie otoczenie. Na razie było spokojnie. Dopiero miałem się przekonać o mylności tego stwierdzenia.

Czytaj dalej »

sobota, 15 października 2016

Od Moona-wyprawa

 Szliśmy przez las a Celly całą drogę ględziła np. daleko jeszcze, ale super pierwsza wyprawa!, ile jeszcze będziemy szli. Wreszcie doszliśmy do tundry -łał-powiedzieliśmy jednocześnie a później się zaśmialiśmy-ale tu pięknie! I tyle kwiatów i tyle zajęcy i tyle trawy i tyle wszystkiego!-Krzyknęła Celly.-No na serio pięknie i spokojnie ale fajnie-odpowiedziałem-no to co robimy zapytała zaciekawiona celly-nooo jeszcze nie wiem ale na pewno coś wymyślimy-narazie chodź zwiedzimy- no i tak rozmawialiśmy i spacerowaliśmy-ale ona jest piękna-pomyślałem-i tak słodko wygląda cała w kwiatach. O Boże chyba się zakochałem!-Nagle stanąłem nie mogłem tego poukładać przecież to moja przyjaciółka przyjaciół się lubi a nie kocha! -Co się stało czemu nie idziesz?- Zapytała-a nic-otrząsnąłem się z myśli-no to co morze się pobawimy? -Jasne-odparłem trochę zakłopotany tą sprawą i tak zeszło nam do nocy. Gdy celly smacznie spała ja wybrałem się na nocny spacer.-Niekapóję tego! mam jej powiedzieć jutro lub dziś a czy wogóle jej powiedzieć!-Myśli kłębiły mi się w łepetynie -ach powiem jej to i to już jutro na pewno odwzajemni moje uczucia. Byłem bardzo pewny siebie-ale co jak odmówi- moja pewność zmalała-a co jak mnie znienawidzi i nic z tego nie będzie-posmutniałem-no dobra czas wracać jestem bardzo śpiący. I wróciłem udało mi się nie obudzić Celestial chwile leżałem aż w końcu zasnąłem.
Następnego dnia Celly obudziła się pierwsza chyba gdzieś poszła ale gdy ja się obudziłem  widziałem ją jeszcze piękniejszą niż kiedykolwiek stała przy wschodzie słońca była taka piękna i urocza nie mogłem wytrzymać. –O wreszcie wstałeś-powiedziała łagodnym głosem -patrz jaki piękny wschód słońca- -no na serio ładny- odpowiedziałem.
-Chodźmy zapolujemy na jedzenie a przy okazji widziałam nie daleko wodopój morze ze mną pójdziesz?-Zapytała-ja-jasne-zająknąłem się-co ty taki ponury jesteś, cos ci się przyśniło?- nie wierz chodźmy coś zjeść-unikałem tematu-no dobra- bąknęła zamyślona-patrz tam jaki wielki zając wystarczy dla nas dwojga-powiedziała Celly-no na serio wielki-powiedziałem obojętnie-Celestial przyczaiła się na zająca i słychać było tylko szelest krzaków-no to mamy śniadanie-odpowiedziała trochę ponuro-co jest? zapytałem --a nic-po śniadaniu poszliśmy do wodopoju trochę się pokąpaliśmy i wróciliśmy do tundry. Tak zeszedł nam cały dzień Celly trochę się rozchmurzyła i bawiliśmy się. Po zabawie byliśmy okropnie zmęczeni i patrzyliśmy z klifu na zachód słońca-Celly?-zacząłem-co?-zapytała jak zawsze zaciekawiona-no bo ach--no co?-pytała dalej-wykrztuś to-trochę zwlekałem ale powiedziałem-C-Celly ja-ja ciebie KOCHAM! Kochałem się w tobie od dłuższego czasu ale nie miałem kiedy ci to powiedzieć. Jesteś piękna i urocza zabawna i taka otwarta musiałem ci to powiedzieć bo bym nie wytrzymał. Mam nadzieję, że też mnie kochasz czy chcesz być moją...?

Czytaj dalej »

Od Celestial-wyprawa

Wszystko wydawało się niesamowite! Moon był niesamowity... Coraz częściej przyłapywałam się na gapieniu na niego i podobnych stwierdzeniach. Truchtałam po jego prawej stronie, czasem ocieraliśmy się łopatkami. Miał krótsze, bardziej szorstkie od mojego futro. Ale tata uważa, że to moje jest wyjątkowo długie i miękkie. W końcu stanęliśmy u kresu naszej wyrawy. Przed nami rozciągała się cudowna przestrzeń, niekorzesana żadnymi drzewami. Czułam wolność, która rozpierała moje serce, napełniała je błogim ciepłem. Łatwo było dostrzec tu zwierzynę, więc gdy nacieszyłam się skakaniem po łące wyruszyłam na małe polowanie...

* * *
Patrzyłam na zachód słońca, które malało na choryzoncie, zostawiając mnie samotną, na wielkim świecie, wraz z wielkimi marzeniami. Wtedy podszedł do mnie Moon. Był wspaniałym przyjacielem. Lepszego mieć nie mogłam...
Celly?-zaczął cichutko...
-Tak?-zaciekawiona spojrzałam mu w oczy.
-No bo... Ach...
-No co?-uśmiechnęłam się delikatnie-Wykrztuś to z siebie!-lekko trąciłam go nosem. Zwlekał, najpewniej dobierając właściwe słowa. Wiedziałam, że to co mi powie będzie ważne. Bardzo ważne.
-C-Celly... J-ja... Ja ciebie KOCHAM! Kochałem się w tobie od dłuższego czasu, ale nie miałem kiedy ci o tym powiedzieć. Jesteś piękna i urocza zabawna i taka otwarta musiałem ci to powiedzieć bo bym nie wytrzymał-Moon mówił szybko, wpadając w moje tępo, gwarę i ton...
-Mam nadzieję że też mnie kochasz... Czy chcesz być moją...?
Słowa Moona zadziałały na mnie od razu, gdy zdałam sobie z nich sprawę. Basior spojrzał mi w oczy. Nie... To nie miało tak być! Odwróciłam się i wciskając ogon między nogi odeszłam kilka kroków. Usłyszałam, szelest suchych liści, na których przysiadł mój przyjaciel. Zatrzymałam się. Nie chciałam patrzeć mu w oczy. Nie chciałam go wogule widzieć. Nie chciałam go znać!
-Moon...-powiedziałam poważnie i powoli-Ja... Ja nie mogę!-łza spłynęła po moim policzku, po czym opadła na ziemię. Moon zatrzymał się, nie słyszałam jego kroków, tylko przyspieszony oddech. Nie mogę!
-Ty... Ty jesteś przyjacielem! Ty byłeś nim zawsze, Moon! My jesteśmy młodzi i tak dalej, a ja... To nie to co mama z tatą, czy Flora i Mirabilis. Moi rodzice byli po prostu dla siebie stworzeni, a moja siostra... Ona i Mira nigdy nie byli przyjaciółmi... To za szybko przerodziło się w miłość! A ty... Kocham Floe, Mirabilisa i resztę, ale... Ty byłeś zawsze taki bliski...-moje wyznania przerwał szloch. Nie zastanawając się długo ruszyłam w stronę lasu. W stronę domu. Przez całą drogę, ja i Moon nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Po dwóch dniach beztroskiej zabawy, ta perspektywa wydawała się mi... dziwna.
Czytaj dalej »

piątek, 14 października 2016

Convel cd Harda (wyprawa cz.1/4)

 <Serio, słońce? Musiałaś mnie gonić? xd>
Biegłem przed siebie przez tą pustą, cichą połać ziemi. Aurum wytrwale dotrzymywał mi kroku, kątem oka lustrując otoczenie. Usłyszałem jazgotliwy krzyk gdzieś nad sobą.
- Sępy - stwierdziłem, zaciskając zęby. Zerknąłem na towarzysza, nie zwalniając biegu. - Pomożesz mi, prawda?
Ryś skinął swoim biało-złotym łbem. Biegliśmy dalej, ale krzyki sępów były coraz bliżej. I ewidentnie było ich coraz więcej. Nic dziwnego. Na tym bezkresnym pustkowiu musiały naprawdę zgłodnieć. Ciepłokrwisty ryś i pokanych rozmiarów wilk polarny na płaskiej ziemi to jak niebiański przysmak na pustyni.
Usłyszałem łopot skrzydeł tuż nad nami. Ptaki były szybsze. Zahamowałem gwałtownie, wbijając pazury w ziemię i o mało nie przywalając o nią łbem. Sępy zbliżyły się, skrzecząc dziko. Razem z Aurum rzuciliśmy się na nie, unikając ostrych szponów tych mięsożernych ptaków.
- Convel! - usłyszałem krzyk. To mnie rozproszyło. Spojrzałem za siebie. Harda biegła w naszą stronę. Ta chwila nieuwagi wystarczyła jednak, by jeden z sępów zadał mi pazurami bolesną ranę na boku.
- Aaargh! - ryknąłem. Poczułem na boku ciepłą ciecz. Zagryzłem sępa i upadłem na ziemię.
Nie mdlej, bracie, nie umieraj. Wytrzymaj.
Po chwili dzikie skrzeki ustały. Ciepły język rysia oczyścił moją ranę. Harda stanęła nade mną, więc sam też się podniosłem. Ryś wtulił się w mój bok, w ranę, nieco tamując krew.
- Harda, co ci strzeliło do głowy, żeby tu za mną przyleźć?! - zdenerwowałem się. - Nie możesz zostawić Mirabilisa. Wracaj do domu.
- Nie, Convel. To ty wracaj - odparła.
- Nie wybieram się na Czarny Grzbiet bez powodu. Wrócę cały, obiecuję - szepnąłem i liznąłem ją po pyszczku. Odwróciłem się.
- Byłeś przy Mirabilisie, gdy ze mną było źle. Potem... zniknęłam - urwała na chwilę. - Teraz i ty chcesz go opuścić? - dokończyła szeptem. Zatrzymałem się wpół kroku.
- Nie - powiedziałem. - Wrócę. Ja wrócę, Harda. Niedługo. A ty wróć teraz.
Zaległa cisza. Ruszyłem dalej przed siebie, nie mogąc dłużej wytrzymać jej towarzystwa. Moja Harda... zniknęła na tak długi czas. Prawie jej nie widywałem. A teraz, gdy wyruszam na Czarny Grzbiet po ważne rzeczy i przygodę, próbuje mnie zatrzymać.
- Convel, idę z tobą! - krzyknęła za mną. Odwróciłem się, by stanąć w cztery oczy z moim słońcem z nad potoku.
- Nie możesz zostawić naszego syna - warknąłem. Aurum drgnął, wyczuwając moją wściekłość.
- Ty też nie powineneś. Jeżeli ty idziesz, idę z tobą.
- Nie narażaj się, Harda! Nie możesz!
- A ty to niby możesz?!
- To moja sprawa. Mówię ci, wrócę cały i zdrowy. A Mirabilis...
- Poradzi sobie. Jest już duży - odparła. - Proszę cię. Nie idź. Zrób to dla mnie - szepnęła po dłuższej chwili milczenia.
Westchnąłem, zamyślając się.
- Skoro tak uważasz, dołącz do nas. Ja nie wracam. Nie teraz - powiedziałem. Tak naprawdę nie chciałem, by była ze mną i narażała życie na Czarnym Grzbiecie. Ale Harda była uparta.

<Harda, to jak? Wracasz, czy kontynuujemy wyprawę razem?>
Czytaj dalej »

Wyprawa

Convel wyrusza na wyprawę na Czarny Grzbiet!
Czytaj dalej »

środa, 12 października 2016

Wyprawa!

Znalezione obrazy dla zapytania white and black wolf pup

Celestial i Moon wyruszają na wyprawę do tundry



Czytaj dalej »